«

»

sie 08 2014

Humanistyka – Don Kichot naszych czasów

Humanistyka – Don Kichot naszych czasów

 

Humanistyka jest zapomnianą Alma Mater współczesnego materialistycznego świata. Jest jak stare wdowy w Indiach, które zostają bezlitośnie odrzucane przez rodzinę i dorosłe już dzieci po śmierci męża i tym samym skazywane na bezdomność. A przecież kiedyś humanistyka nie była niechcianym bękartem i była obiektem zainteresowania największych umysłów ludzkości. Arystoteles i Leonardo da Vinci nie dzielili sztucznie świata na nauki humanistyczne (rzekomo niepotrzebne na rynku pracy) i nauki ścisłe (rzekomo wyłącznie pożądane przez pracodawców). Potrafili z jednakową pasją i na równi zgłębiać świat przyrody, fizykę i technikę, a równolegle zajmować się także filozofią, literaturą i sztuką.

Bonaventura de Sousa Santos w swoim artykule University at the Crossroads (Uniwersytet na rozdrożu) pisze:

„Proces Boloński rozprawi się z popularnym pojęciem ludzkiego kapitału, gdyż w jego efekcie stanie się jasne, że uniwersytety winny dążyć do kształcenia pełnowymiarowych jednostek ludzkich i takich obywateli, a nie jedynie do wytwarzania kapitału ludzkiego zależnego od wahań rynku, jak każdy inny rodzaj kapitału”[1].

W tym jaśniejszym wariancie przyszłości mamy do czynienia z uniwersytetem, który nie poddaje się łatwo brutalnemu dyktatowi ekonomii i nie rezygnuje ze swoich wartości i wielowiekowych tradycji. Jest to pokrzepiająca wizja stanowiąca antidotum na ową przykrą rzeczywistość, z którą przyszło nam się zmagać w XXI wieku. Dzisiejszy świat bowiem – włączając w to także sferę edukacji na szczeblu akademickim – zarażony został chorobą Midasa i uparcie dąży do przerobienia wszystkiego, co możliwe, na zysk, który daje się łatwo i szybko przeliczyć. Jako członkowie społeczeństwa staniemy się wówczas – o ile już się nie staliśmy – bezrefleksyjnymi trybikami we wszechwładnej machnie rynku. A stąd już blisko do Marksa i jego teorii alienacji. Zapominamy o konieczności humanizacji pracy, o tym, że to człowiek – a nie pieniądz – powinien być priorytetem w relacjach międzyludzkich.

A przecież warto zdać sobie sprawę, że koncentrowanie się wyłącznie na aspekcie ekonomicznym naszego życia sprowadza nas z powrotem do kondycji zwierzęcej. Bez kultury duchowej bowiem, bez kultury symboli, znaczeń, idei, stajemy się na powrót ludzkimi zwierzątkami, które drepczą z dziobem przy ziemi w poszukiwaniu monet niczym kura szukająca ziaren. Spojrzenie takich ludzkich kur nie sięga nieba, a w dodatku są one niezwykle wdzięcznym obiektem manipulacji dla polityków – posłusznym pionkiem, członkiem masy innych pionków. Chodzi o to, że pieniądz w świecie ludzkim to odpowiednik przetrwania w świecie fauny i flory. Dzięki niemu zaspokajamy nasze najbardziej elementarne potrzeby, nasze fizjologiczne „być albo nie być”. Ale na tym przecież nie można poprzestać.[2] Jeśli postawiliśmy już fundamenty i najniższe piętra naszej piramidy Maslowa, to nasze człowieczeństwo domaga się wówczas wyższych pięter egzystencji. Owszem, wynalazek Fenicjan, jako narzędzie wymiany handlowej, odróżnia nas od zwierząt, ale to dopiero przedsionek ludzkiej kondycji, która jest w stanie rozwinąć skrzydła dopiero w sferze semiotycznej, w świecie szeroko pojętej kultury obejmującej literaturę, sztukę, obyczaje, filozofię, religię itd. Wtedy dopiero ludzka kura z nielota ma szansę stać się na przykład orłem lub skowronkiem. Niestety jednak chyba rację ma Kant, który przytomnie zauważa, że:

„lenistwo i tchórzostwo to przyczyny, dla których tak wielka część ludzi, mimo wyzwolenia ich przez naturę z obcego kierownictwa, pozostaje chętnie niepełnoletnimi przez całe życie. […] To bardzo wygodne być niepełnoletnim. […] Nie potrzebuję myśleć, jeśli mogę za wszystko zapłacić”[3].

 Taka intelektualna niepełnoletność staje się powoli głównym rysem osobowościowym współczesnych młodych ludzi, można by rzec nawet – chorobą naszych czasów – tak jak alergia czy depresja. Konsumpcyjny styl życia pozwala uniknąć nie tylko niewygodnego myślenia, ale i w konsekwencji – odpowiedzialności za własne życie. Obecni studenci nie są już pełnymi zapału i pasji entuzjastami samorealizacji i własnego rozwoju, nie zależy im już na studiowaniu, czyli zgłębianiu wiedzy dla niej samej. Wiedza, której nie da się przeliczyć na konkretne korzyści materialne, jest w ich oczach kompletnie bezużyteczna. Współczesnego studenta charakteryzuje strategia zaliczania i odhaczania kolejnych wpisów w indeksie, co brutalnie obrazuje słynna formuła trzech „Z”: zakuć, zdać, zapomnieć. Prawdziwą wartością w studenckiej mentalności jest teraz dyplom (bez znaczenia z jaką oceną), tzw. „papier”, który stanowić ma przepustkę do określonego zawodu i do lepszego świata – czytaj: do większych pieniędzy.

Zadziwiająca jest ta pogarda dla humanistyki w opozycji do tzw. nauk ścisłych. Są to przecież nauki badające samą istotę człowieka, a nie jego środowisko zewnętrzne. Jednak tyrania opłacalności nie daje o sobie zapomnieć, dlatego nauki humanistyczne – uważane za te, które produkują bezrobotnych – otoczone są lekceważeniem, okraszane ironicznym skrzywieniem ust. Bo jaki jest praktyczny pożytek z filozofa, filologa czy kulturoznawcy? Wniosek przeciętnego Kowalskiego: humanistyka się nie opłaca, więc po co się nią zajmować? Owszem, nauki ścisłe przyczyniają się do rozwiązania konkretnych, ludzkich problemów, dlatego są opłacalne, gratyfikowane przez społeczeństwo natychmiast i na dużą skalę. Paradoksalnie jednak, jak pięknie pisze Maria Janion:

  „świat […] dostrzegamy w znacznie większej mierze, niż to się na ogół wydaje, poprzez wizje artystów. Oni wcześniej zdobyli kosmos niż uczeni. A jednocześnie dwa obrazy świata – artystów i uczonych – nie wykluczają się bynajmniej […] One po prostu – i należy do obowiązków humanistyki uświadamianie tego stanu rzeczy – pozostają w dyspozycji człowieka, by mógł swobodnie przechodzić od jednego do drugiego, by mógł nimi nasycać swą potrzebę wzbogacania „jakości życia”.”[4]

 Bo czym byłby nasz świat, gdyby wykastrować go ze sztuki i literatury, z wielkich idei, które rozpalają umysły, z pojęć abstrakcyjnych, którymi posługują się te wszystkie nauki niemające praktycznego (ekonomicznego!) zastosowania? Czy to jeszcze byłby świat ludzki?

Wydaje mi się, że problemem humanistyki (a może właśnie jej atutem) jest to, że nie traktuje ona człowieka wybiórczo – tak jak to zwykły robić nauki ścisłe – ale właśnie holistycznie, że zagląda ludziom w dusze (co jest niewygodne dla tych, którzy ukrywają w niej pustkę), a co chyba najistotniejsze – że jeśli już nawet rozwiązuje jakieś problemy (terapeutyczny charakter humanistyki), to tylko w skali mikro, a nie makro, problemy jednostki, która podkreśla jeszcze swoją indywidualność i nie solidaryzuje się z przeciętnymi zjadaczami chleba i ich szarym życiem. Humanistyka nie rozwiązuje problemów na zawsze, ale tylko na chwilę – aż do powstania kolejnych wątpliwości i pytań. Jednak stawianie pytań może być niebezpieczne, prowadzić do nieoczekiwanych wniosków i zburzenia dotychczasowego oglądu świata. Dlatego lepiej i łatwiej jest od tego uciec i skupić się na zarabianiu pieniędzy, bo tylko one dają złudzenie stabilności naszego świata, dają wygodne poczucie bezpieczeństwa. Po co bujać w obłokach i rozważać, jak można lepiej „być”, skoro wystarczy „mieć”.

I w tym miejscu dochodzimy do kolejnej kwestii: humanistyczna percepcja rzeczywistości silnie akcentuje etyczny wymiar relacji międzyludzkich. Dlatego w świecie skupiającym się na zysku staje się czymś, co wyraźnie zagraża ustalonemu już status quo, obnaża bowiem cały bezwstydny mechanizm rynkowy, który zasadza się na instrumentalnym traktowaniu człowieka. Ekonomiczny dyktat uprzedmiatawia ludzi i wtłacza ich w ściśle określone role sprzedawców i klientów, redukuje ludzki świat do relacji handlowych. Co więcej, wszelkie zawody, które nie polegają na sprzedaży, traktuje jako niepotrzebne i zbędne. Lektura ogłoszeń o pracę prowadzi nas do zatrważającego wniosku, że nikt już nie potrzebuje nauczycieli, tłumaczy, bibliotekarzy, czy też – o, zgrozo! – filozofów. Chcąc pracować, możemy wybierać co najwyżej pomiędzy sales managerem, telemarketerem czy specjalistą ds. marketingu. W takim ujęciu ludzka rzeczywistość staje się dżunglą w nowym znaczeniu: każdy jest drapieżnikiem, bo poluje na pieniądze kogoś innego i zarazem każdy może stać się ofiarą czyjejś reklamy czy promocji. Nie liczy się moralność, nie liczy się człowiek – liczy się tylko gromadzenie kapitału i pomnażanie go w nieskończoność.

W świecie zbrutalizowanym przez wszechobecną ekonomiczną presję Uniwersytet powinien być azylem i ostoją dla humanistyki, jej ostatnim bastionem broniącym jej przed zakusami zarówno nauk ścisłych, jak i kultury popularnej, które starają się zawłaszczyć pozostały jej jeszcze niewielki skrawek przestrzeni. Niestety coraz więcej uczelni ugina się pod tą bezlitosną presją, co prowadzi między innymi do zamykania nieopłacalnych (z ekonomicznego punktu widzenia) wydziałów i kierunków albo naginania ich do potrzeb rynku pracy. Tymczasem błędem jest myśleć, że kierunki humanistyczne kształtują potencjalnych bezrobotnych. To one przecież wychowują ludzi, którzy nie są tylko specjalistami w jakiejś wąskiej branży na dynamicznie zmieniającym się rynku, nie są tylko „ludzkim kapitałem zależnym od wahań rynku”, by przypomnieć stwierdzenie de Sousa Santosa. Są to bowiem przede wszystkim jednostki, które dzięki myśleniu i sile kreatywności stają się osobami niezwykle łatwo adaptującymi się do całej palety różnych zawodów, ponieważ potrafią być elastyczne i korzystać z rozmaitych, często, pozornie przeciwstawnych umiejętności. Co więcej, zazwyczaj takie osoby łatwo i chętnie się uczą, co w dobie błyskawicznie postępującego rozwoju w wielu dziedzinach, jest cechą niezwykle istotną.

Kończąc nieco przekornie ten krótki esej, chciałoby się rzec, że to właśnie wiedza jest tym, co się opłaca, ale wiedza otwarta i szeroka, zakreślająca jak najdalej swój horyzont poznawczy, niestawiająca barier, ale umiejąca spojrzeć z dystansu. To wiedza stanowi o naszym człowieczeństwie, a humanistyka daje nam ponadto dodatkowy komfort w tym zakresie: luksus myślenia właśnie. Bo jak pisze Jan Hartman:

„myśli przychodzą i odchodzą, potem przychodzą i znowu odchodzą, a życie toczy się, jakby ich wcale nie było. Życie przecież nie jest myśleniem. Myślenie jest raczej przerwą w życiu niż jego integralną częścią. A jednak kto zdobywa się czasem na to, by zatrzymać bieg życia, by oddać się teorii, ten zmienia się z bezmyślnego w „czasami myślącego”, a jest to kondycja bezsprzecznie wyższa i szlachetniejsza. Okazjonalne oddanie prawdzie, wypierające pospolitą żądzę posiadania poglądu i wyrażania go, odmienia człowieka i na chwilę oczyszcza z pospolitości, podobnie jak dzieje się to w obcowaniu ze sztuką.”[5]

Sztuka bowiem, tak jak cała humanistyka, cała kultura semiotyczna, sprawia, że nasze życie jest po prostu piękniejsze, pełniejsze i ciekawsze, a nasze społeczeństwa – bardziej dojrzałe cywilizacyjnie i kulturowo, nie bojące się innowacji i zmian na lepsze. Humaniści zatem nie powinni starać się usprawiedliwiać swojego istnienia, bo to dzięki nim mamy narzędzia języka, myślenia i pojęć abstrakcyjnych, dzięki nim mamy bohaterów literackich i dzieła sztuki, dzięki nim mamy teorie wielkich filozofów zgłębiające naturę ludzką. Z tych osiągnięć wysokiej kultury korzystają wszyscy[6]. „Ścisłowcy” przecież także czytają książki i chodzą do kina, a niejednokrotnie świat cyfr i maszyn im nie wystarcza i po godzinach mają swoje, może nieco wstydliwie skrywane pasje, jak np. pisanie limeryków czy piosenek. Słowem, humanistyka pozwala nam obcować z nieprzebranym bogactwem ludzkiej myśli, a to właśnie myśl wprawia nasz świat w ruch – wszystko zaczyna się od idei. Tymczasem dyktat pieniądza to regres, odwrót od wielowiekowego postępu, od homo sapiens do homo animalis. A przecież wystarczy spojrzeć na rysunki naskalne w jaskini z Lascaux, żeby się przekonać, że człowiek od zawsze potrzebował kultury.

„Trzeba utrzymywać stan wewnętrznego wrzenia, inaczej dojdzie się donikąd. Warto iść śladem Don Kichota, to jest nie schodzić z obranej drogi dlatego tylko, że wokół pełno Sancho Pansów.”[7]

 – zachęca Maria Szyszkowska i ma rację. Dlatego Uniwersytet, jako instytucja odpowiedzialna za kształtowanie przyszłych pokoleń, nadal będzie edukował humanistów. Oni zaś prędzej czy później udowodnią wszystkim niedowiarkom, że ta donkiszoteria była najlepszą „nieopłacalną” inwestycją w światłe społeczeństwo. Społeczeństwo, które nie boi się wyjść z kantowskiej niepełnoletności i wkroczyć w dorosłość.

 

Bibliografia:

  1. De Sousa Santos Boaventura, The University at the crossroads, “Human Architecture” 2011, nr 1, s. 15.
  2. Hartman Jan, Głupie pytania, Agora SA, Warszawa 2013.
  3. Janion Maria, Humanistyka: poznanie I terapia, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982.
  4. Kant Immanuel, Co to jest oświecenie, tłum. A. Landman, [w:] Kroński Tadeusz, Kant, Wiedza Powszechna, Warszawa 1966.
  5. Nussbaum Martha, Not for Profit. Why democracy needs the Humanities, Princeton University Press, 2010.
  6. Starnawski Jerzy, O uniwersyteckim studium dyscyplin filologicznych, Universitas, Kraków 1993.
  7. Szyszkowska Maria, Don Kichot jako wzór, [w tejże:] Spotkania w salonie, Twój Styl, Warszawa 2002.

[1] W oryginale: „the Bologna Process ended up abandoning the once fashionable concept of human capital after concluding that the universities should form full human beings and full citizens and not just human capital subjected to market fluctuations like any other capital.” W niniejszym artykule podaję ten fragment w roboczym tłumaczeniu autorstwa T. Sławka.

[2] Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów triumfu sfery psychiki nad sferą biologii jest przypadek Stanisławy Przybyszewskiej, nieślubnej córki słynnego ojca.

[3] I. Kant, Co to jest oświecenie, tłum. A. Landman, [w:] T. Kroński, Kant, Wiedza Powszechna, Warszawa 1966, s. 164.

[4] M. Janion, Humanistyka: poznanie i terapia, PIW, Warszawa 1982, s. 217-218.

[5] J. Hartman, Głupie pytania, Agora SA, Warszawa 2013, s. 233.

[6] Fakt prosto z życia: ostatnio na placu budowy w Gliwicach widziałam ogromny dźwig o wdzięcznej nazwie Herkules. Choć równie dobrze tego rodzaju maszyna mogłaby się nazywać np. DT-154.

[7] M. Szyszkowska, Don Kichot jako wzór, [w tejże:] Spotkania w salonie, Twój Styl, Warszawa 2002, s. 24.

 

——————————-

TG Facebook Comments

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Plugin from the creators ofBrindes :: More at PlulzWordpress Plugins
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • Nasza Klasa
  • Grono
  • Blip
  • Twitter
  • YouTube