«

»

sty 08 2012

Genialny kaleka w niewoli zmysłów. Jan Grenouille

Genialny kaleka w niewoli zmysłów
(fragment eseju
Samobójstwa literackie
)

Książka Süskinda opowiada o genialnym perfumiarzu Janie Baptiste Grenouille’u. Był on człowiekiem szczególnym ze względu na nadnaturalnie rozwinięty zmysł węchu zdolny wyczuwać każdą najdelikatniejszą nawet woń oraz potrafiący rozkładać złożone zapachy na czynniki pierwsze. Fascynacja tworzeniem wyszukanych perfum połączona z wrodzonym talentem stopniowo przerodziła się w obsesję, aby wykreować pachnidło o hipnotyzującym działaniu wydestylowane z dziewiczego ciała kobiecego. Dążenie do spełnienia tego marzenia sprowadza bohatera na drogę serii przestępstw: Grenouille dopuszcza się zamordowania wielu młodziutkich dziewcząt, aby za pomocą wypracowanych przez siebie metod i technik wysączyć z ich skóry zapach świeżo rozkwitłej młodości i niedojrzałej jeszcze, pączkującej dopiero seksualności. Udaje mu się dopiąć tego szalonego na pozór zadania, ale wymarzony eliksir nie daje mu szczęścia.

Tragedia Grenouille’a polegała na tym, że będąc maksymalnie wyczulonym na zapachy z zewnątrz nie mógł poczuć własnego zapachu, gdyż go nie posiadał, a ponieważ wonie były właściwie całym jego światem, nie mógł się z tym pogodzić. W ostatnim rozdziale wiadomo już jak bardzo bohater jest rozczarowany. Nie umiał żyć wśród ludzi, nie stanowili oni dla niego żadnej wartości, nie potrafił nikogo pokochać. Przez całe swoje życie zachowywał się, jak gdyby nie miał sumienia, ponieważ zabijał bez skrupułów niejako w imię „wyższego” (w jego mniemaniu) celu. Ale kiedy w końcu z powrotem wrócił na łono społeczeństwa, szybko przekonał się, że pogardza ludźmi ze względu na to, iż miał świadomość swej władzy nad nimi, owej fascynującej mocy wzbudzania i sterowania cudzymi emocjami za pomocą tworzonych przez siebie perfum.

Grenouille „nie tęsknił wcale do życia w jaskini. (…) okazało się nie do przeżycia (…) doświadczenie życia między ludźmi. Tu i tam można się było udusić. Grenouille w ogóle nie chciał już żyć. Chciał iść do Paryża i umrzeć. Tego właśnie chciał. (…) zaciskał rękę na małym szklanym flakoniku z pachnidłem. (…) wystarczyłoby na oczarowanie całego świata. Gdyby tylko zechciał mógłby w Paryżu rzucić na kolana nie dziesięć, ale sto tysięcy; albo przespacerować się do Wersalu, gdzie król ucałowałby jego stopy; wysłać uperfumowany liścik do papieża i objawić się jako nowy Mesjasz; (…) Miał w swych rękach moc większą niż moc pieniądza, moc strachu czy moc śmierci: niezwyciężoną moc wzbudzania ludzkiej miłości. Ta moc zawodziła tylko w jednym punkcie: nie pozwalała mu poczuć samego siebie. I gdyby nawet za sprawą swego pachnidła objawił się światu jako Bóg – to jeżeli nie mógł poczuć sam siebie, a przeto nigdy nie wiedział, kim jest, gwizdał na wszystko, gwizdał na świat, na samego siebie, na swoje pachnidło. (…) Nikt nie wie, jak wspaniałe jest naprawdę to pachnidło, myślał. Nikt nie wie, jak świetnie jest z r o b i o n e. Wszyscy ulegają tylko jego działaniu, ba – nie wiedzą nawet, że ulegają mocy i urokowi pachnidła. Ja jeden naprawdę znam całe jego piękno, bo ja sam je zrobiłem. I zarazem mnie jednego nie może to pachnidło oczarować. Dla mnie jednego to pachnidło nie ma żadnego sensu.[1]

Tutaj znowu mamy okazję widzieć jak człowiek ponadprzeciętny nie może znaleźć sobie miejsca w ludzkiej społeczności, ponieważ jego postrzeganie świata daleko wykracza poza możliwości zwykłych śmiertelników. Jednocześnie mamy tutaj uobecnioną wizję nietzscheańskiego nadczłowieka pogardzającego szarym tłumem, realizującego bez mrugnięcia okiem zasady moralności panów wobec niewolników. Jednak geniusz zostaje w swej pysze ukarany: dostrzega, że dzieła, które stwarza nie są przeznaczone dla niego, lecz właśnie dla tych, których twórca przerasta, dla tych, którzy nie są świadomi wielkości dzieła, ale ulegają jego urokowi. Grenouille rzeczywiście mógłby uchodzić za Boga, ale zdawał sobie sprawę, że nim nie jest i że tak naprawdę bogiem dla ludzi jest ów wykreowany przez niego zapach, a nie on sam. Nie zaznawszy w dzieciństwie ciepła i uczucia, poszukiwał wciąż własnej tożsamości, prawdy o sobie samym. Zaobserwował, że jedynym znanym mu uczuciem do innych jest nienawiść, a ponieważ nie potrafił kochać, pragnął, aby otoczenie odwzajemniło to uczucie, tak jak się odwzajemnia miłość. Jednak ludzie po prostu go ignorowali, nie zauważali jego obecności, ponieważ nie posiadał zapachu. Z drugiej zaś strony jako narcystyczny samotnik nie potrzebował innych ludzi ani ich miłości czy uwielbienia, pragnął zawładnąć cudzym zapachem, który tak go urzekał i poczuć go jako własny, ulec mu, aby zakochać się w sobie samym, bo tylko sam ze sobą czuł się naprawdę szczęśliwy.

            Wstrząsająca jest końcowa scena tej książki, tym bardziej, że nie jest to typowe samobójstwo, lecz raczej zabójstwo na prośbę ofiary, specyficzny rodzaj eutanazji. Otóż nasz bohater udał się późno w nocy na cmentarz, gdzie napotkał zgromadzonych tam tzw. ludzi marginesu, czyli różnej maści złodziei, morderców, prostytutki itp. Tam już całkowicie zdecydowany, skropił się obficie swoim pachnidłem i ruszył w ich stronę. Ci zaś ogarnięci nagłym szałem, poddali się działaniu magicznego zapachu i zapałali do nieznanego im człowieka naglą, niepohamowaną miłością. Grenouille przyciągał ich do siebie z nieprzepartą siłą niczym anielska istota nie z tego świata, chcieli być jak najbliżej, zaczęli więc otaczać go i zacieśniać krąg. W końcu rozszarpali go na kawałki[2] pomagając sobie nożami, a na końcu zachłannie zjedli. „Byli niezwykle dumni. Po raz  pierwszy zrobili coś z miłości.[3]

A skoro tak, to nasuwać się tu może szereg niepokojących pytań na temat miłości: czy miłość powoduje destrukcję i unicestwia obiekt swego uwielbienia? Czy jest bezrozumnym pożądaniem opartym wyłącznie na chemii ciał? Czy jest pragnieniem wchłonięcia w siebie drugiego człowieka? Czy można ją sprowadzić do zaspokajania własnego egoizmu? Wreszcie, czy kanibalizm można uznać za – wprawdzie obrzydliwą i odrażającą w naszym kręgu kulturowym – wyjaskrawioną, ale szczytową, ekstremalną formę okazania uczucia? To zaskakujące i szokujące, ale właściwie dlaczego nie? Przecież chyba niemal każdy z nas odczuwał w swoim życiu tak intensywnie miłość do partnera, dziecka czy zwierzęcia, że miał ochotę powiedzieć żartobliwie lub tylko tak pomyślał: „Tak cię kocham, że zaraz cię zjem”. Co więcej zdarza się nam mieć chęć, aby ugryźć ukochaną osobę, co ma wyrażać naszą czułość lub też pożądanie. Co sprawia, że uczucie, które uważamy za tak wzniosłe i metafizyczne, tak ściśle wiąże się z biologizmem człowieka? Bo przecież (snując dalej rozważania czysto teoretyczne) zjadając ukochanego człowieka, utożsamiamy go wyłącznie z jego ciałem! A miłość, wszakże, jest związkiem dusz, lokuje się, a przynajmniej powinna, ponad ciałem, ponad biologią, ponad potrzebą reprodukcji dla przetrwania gatunku.

            Na żadne z tych pytań nie znajdziemy, rzecz jasna, jednej, ostatecznej odpowiedzi, jednak w świetle powyższych uwag nasuwa mi się jeszcze jedne czynnik, niezwykle istotny, w złożonej materii motywacji czynów samobójczych. Zakładając, że rzeczywiście miłość dąży do unicestwienia, można dojść do wniosku, iż samobójca – paradoksalnie – zabija się z powodu miłości własnej, po prostu dlatego, że kocha siebie i nie chce cierpieć. Narcyz Grenouille kochał siebie ponad wszystko, ale zginął porażony „miłością” innych, gdyż nawet w zatrważającym akcie odebrania mu życia, ludzie, którzy tego dokonali – pomimo, iż z naszego punktu widzenia może się to wydawać niewiarygodne – nie czuli do niego tego, o czym on zawsze marzył – nienawiści. Grenouille przekonał się, że wbrew pozorom nie jest bogiem, a jego geniusz ma zaskakujące ograniczenia: potrafił bowiem zapachem wywoływać miłość (lub też jedynie odurzenie łudząco do niej podobne), ale nie był w stanie w ten sam sposób wywołać nienawiści. Bo któż chciałby odwzajemniać nienawiść? Jeśli się kogoś nienawidzi, to przeważnie bezinteresownie i bez wzajemności. Samotność w nienawiści to chyba najgorsza z odmian odosobnienia.


[1]P. Süskind: Pachnidło. Historia pewnego mordercy. Tłum. M. Łukasiewicz. Warszawa 2000, s. 249-250.

[2]Taka reakcja to nie mit, wszak wielu sławnych ludzi skarży się na irracjonalne zachowanie fanów w obecności idola.

[3]P. Süskind: op. cit., s. 253. Jest to ostatnie zdanie powieści.

TG Facebook Comments

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Plugin from the creators ofBrindes :: More at PlulzWordpress Plugins
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • Nasza Klasa
  • Grono
  • Blip
  • Twitter
  • YouTube